MAGDALENA DZIUBAK
  

artykuł Pani Redaktor pracującej w Tygodniku Nadwiślańskim


ZDJĘCIA Z NIEBA


Choć mitologia głosi, że pierwszymi ludźmi, którzy wzbili się w powietrze, byli Dedal i Ikar, wiemy, że w rzeczywistości nastąpiło to „nieco” później. Wiemy też, że pierwszy aparat fotograficzny wynaleźli w 1839 roku dwaj uczeni: Daguerre i Talbot. Kto jednak wpadł na pomysł, by połączyć oba te osiągnięcia?

Z pewnością był to ktoś, kto tak jak stalowowolanin Grzegorz Biernat pokochał i latanie, i fotografowanie. Ktoś, kto wsiada w samochód, szuka otwartego terenu i wyciąga z auta swoją motoparalotnię, by już po chwili oglądać z lotu ptaka wijące się kilometrami wstęgi rzek i niebywałych rozmiarów szachownice pól, łąk oraz sadów.

Pan Grzegorz ogląda z góry także miasta wraz z wyznaczającymi ich układ ulicami i wypełniającymi je płaszczyznami dachów. Ma więc możliwość obserwowania świata z perspektywy niedostępnej dla większości z nas. Tego, co zobaczy, nie zachowuje jednak dla siebie, bowiem w każdy lot bierze ze sobą aparat i za jego pomocą utrwala to, co widać z nieba.

Fotografowaniem zajmuje się już od dwudziestu pięciu lat, ale nie mogło być inaczej, bo hobby to odziedziczył po swoim ojcu (a ten wcześniej po swoim i w ten sposób stało się ono takim rodzinnym konikiem, bo zajmuje się nim już trzecie pokolenie Biernatów). Latanie to już jego własny pomysł. Od siedemnastego roku życia właściwie każdą wolną chwilę spędza na lotnisku w Turbi i działa w
Aeroklubie Stalowowolskim. Najpierw zrobił kurs spadochronowy, a wiele lat później wprost oszalał na punkcie paralotni. Czemu? Odpowiedź, której pan Grzegorz udziela mi na to pytanie, sprawia, że zaczynam doskonale rozumieć wszystkich, którzy przez wieki usiłowali skonstruować maszynę pozwalającą nam, ludziom, poczuć się jak ptaki…

Latanie na paralotni z napędem to czysta poezja. Proszę sobie wyobrazić, że odrywa się pani od ziemi i z niewielką prędkością zaczyna szybować w przestrzeni, w dowolnej chwili wybierając moment na wykonanie manewru skrętu, wznoszenia czy opadania – próbuje wpłynąć na moją wyobraźnię pan Grzegorz. – Można przelecieć nad drzewem, dotykając nogą jego wierzchołka, czy też sunąć nad ziemią lub nad wodą na wysokości jednego metra. Takie przemieszczanie się w powietrzu sprawia, że naturalne bariery, jak las, brak drogi czy rzeka, przestają dla nas istnieć. Daje to uczucie wolności i pozwala w zupełnie nowy sposób postrzegać przestrzeń.

Trudno nie ulec czarowi takiej wizji i z pewnością już sama ta wypowiedź wystarcza, by domyślić się, dlaczego nasz bohater zamienił
spadochron na paralotnię. Bo o ile podczas
skakania ze spadochronem przyjemność polega na swobodnym spadaniu, o tyle w paralotniarstwie wiąże się ona z dryfowaniem w powietrzu i choć – jak zapewnia mój rozmówca – w przypadku tego sportu emocje nie są tak silne jak podczas skoku, to jednak trwają o wiele, wiele dłużej…

O tym, że latanie jest jedną z największych życiowych miłości stalowowolanina, chyba najlepiej świadczy fakt, że gdyby tylko mógł, w przestworza wzbijałby się codziennie. Tak zresztą robi, gdy tylko nadchodzi lato. Wówczas rano bądź wieczorem (a niekiedy i wtedy, i wtedy), kiedy powietrze jest spokojne, odbywa trwający od godziny do półtorej „spacer” w powietrzu. Zimą, kiedy już – jak mówi – nie może wytrzymać bez latania, robi sobie 15-minutowe przeloty. Na dłuższe szybowanie jest po prostu za zimno, ale jeśli dla kogoś niska temperatura nie jest problemem, może fruwać i zimą. Jedyną przeszkodę stanowią opady i silny wiatr.

W każdy swój lot pan Grzegorz zabiera ze sobą aparat. Zrobił to nawet wtedy, gdy paralotnią leciał po raz pierwszy (na pamiątkę pozostały mu zdjęcia oglądanego z ptasiej perspektywy Tarnobrzega) i właśnie ów moment uznaje za początek jego przygody z fotografią lotniczą. Swoimi korzeniami sięga ona jednak znacznie dalej.

Pierwsze fotografie lotnicze wykonałem w 1987 roku, podczas szkolenia spadochronowego w Aeroklubie Stalowowolskim – wspomina G. Biernat. – Na początku były to głównie zdjęcia czarno-białe, tzw. odejścia, czyli fotografie kolegów robione w chwili, kiedy wyskakiwali z samolotu. Z czasem na moich zdjęciach zaczęły się także pojawiać elementy krajobrazu. Gdy nadeszła era fotografii kolorowej, zacząłem uwieczniać piękno samych pejzaży „uciekających” pod samolotem.

Co można zobaczyć na robionych z powietrza zdjęciach Grzegorza Biernata? Mówiąc najkrócej – to, czego nie można zobaczyć z ziemi, a więc mieszczące się w prostokącie kadru wioski lub maleńkie niczym klocki bloki. Na czym polega trudność fotografowania podczas lotu? A no na tym, że na stworzenie koncepcji zdjęcia i jego „pstryknięcie” ma się zaledwie kilka sekund. Oprócz pewnych technicznych umiejętności trzeba więc posiadać dobry refleks i intuicję.

Pan Grzegorz, pytany o zdjęcie, z którego jest najbardziej dumny, nie potrafi takiego wybrać. Być może przeszkodą jest fakt, że do tej pory wykonał już dobrych kilka tysięcy fotografii. Potrafi za to wskazać te z nich, których oglądanie sprawia mu szczególną przyjemność (przedstawiają one
San i jego starorzecze ). Z żalem wspomina ujęcie, którego nie udało mu się uchwycić: – Kiedyś podczas lotu z kamerą dostrzegłem pędzącego jelenia. Ogromne poroże, idealne oświetlenie, wymarzona przejrzystość powietrza, otwarta przestrzeń bez przeszkód terenowych… Trzymałem go w kadrze do czasu, aż zniknął w lesie. Niestety, z wrażenia nie wcisnąłem do końca przycisku nagrywania.

Marzeniem latającego fotografa jest szybowanie nad egzotycznymi ziemiami. Takim bardziej osiągalnym jest lot nad Kazimierzem i jego wiślanymi rozlewiskami, a także nad Zalewem Solińskim.

Choć zdjęcia pana Grzegorza mają na celu głównie pokazanie uroków naszego regionu, to jednak fotografię lotniczą można wykorzystać także do innych celów. Jest ona pomocna m.in. podczas opracowywania planów zagospodarowania przestrzennego, monitorowania stanu powierzchni rolnych czy dokumentowania postępów prac budowlanych. Znajduje ona także
zastosowanie w reklamie (prace G. Biernata były wykorzystywane m.in. w kalendarzach lokalnych przedsiębiorstw oraz w wydawnictwach reklamowych powiatu stalowowolskiego i niżańskiego).

Okazuje się, że walory inne niż czysto rozrywkowe może mieć także szybowanie na paralotni. – Kiedyś wraz z kolegą, na zaproszenie policji, brałem udział w poszukiwaniu uciekiniera z ożarowskiego Domu Pomocy Społecznej. Przy kiepskiej pogodzie i niskiej temperaturze przeczesaliśmy wspólnie teren o powierzchni ponad 20 kilometrów kwadratowych – wspomina pan Grzegorz. – Chciałbym zwrócić uwagę na skuteczność i przewagę poszukiwań z powietrza nad poszukiwaniami prowadzonymi w sposób tradycyjny. Myślę, że warto, aby policja utrzymywała kontakt z lokalnymi paralotniarzami. Jestem pewien, że w razie potrzeby nie odmówią oni swej pomocy.

Gdy pytam naszego bohatera o to, z jak wysokimi kosztami związana jest realizacja jego pasji, z uśmiechem odpowiada tylko, że każde hobby pociąga za sobą wydatki, nawet sklejanie domków z zapałek. Czyż jednak można mu się dziwić, że – nawet pomimo kosztów – po ośmiu godzinach spędzonych w biurze chce oderwać się nie tylko od problemów dnia codziennego, ale i od ziemi? Myślę, że nie. Co więcej, patrząc na zdjęcia Grzegorza Biernata (można je podziwiać na autorskiej stronie
www.ParaFoto.pl), o których on sam mówi, że są zapisem rzeczywistości widzianej z innej perspektywy, chyba w każdym z nas zrodzi się pragnienie oglądania świata, w którym szczegóły się zacierają, a widać tylko to, co istotne. Wówczas chyba łatwiej jest nabyć cenną życiową umiejętność polegającą na przywiązywaniu uwagi tylko do tego, co jest naprawdę ważne…

MAGDALENA DZIUBAK


Powiat Stalowowolski Stalowa Wola z ziemi STALÓWKA Stalowa Wola z powietrza Kielce z powietrza Air photo- movies San inne widoki lotnicze zdjęcia lotnicze Stalowa Wola San z powietrza (rzeka tajemnic) Huta/Elektrownia Fotografie lotnicze powiatu Tarnobrzeg Pólnoc powiatu Sandomierz Wisła powyżej ujścia Sanu. Na lini Baranów -Sandomierz