|
MAGDALENA DZIUBAK
|
artykuł Pani Redaktor pracującej w Tygodniku Nadwiślańskim |
Z pewnością był to ktoś, kto tak jak stalowowolanin Grzegorz Biernat
pokochał i latanie, i fotografowanie. Ktoś, kto wsiada w samochód, szuka
otwartego terenu i wyciąga z auta swoją motoparalotnię, by już po chwili oglądać
z lotu ptaka wijące się kilometrami wstęgi rzek i niebywałych rozmiarów
szachownice pól, łąk oraz sadów.
Pan Grzegorz ogląda z góry także miasta wraz z wyznaczającymi ich układ ulicami
i wypełniającymi je płaszczyznami dachów. Ma więc możliwość obserwowania świata
z perspektywy niedostępnej dla większości z nas. Tego, co zobaczy, nie zachowuje
jednak dla siebie, bowiem w każdy lot bierze ze sobą aparat i za jego pomocą
utrwala to, co widać z nieba.
Fotografowaniem zajmuje się już od dwudziestu pięciu lat, ale nie mogło być
inaczej, bo hobby to odziedziczył po swoim ojcu (a ten wcześniej po swoim i w
ten sposób stało się ono takim rodzinnym konikiem, bo zajmuje się nim już
trzecie pokolenie Biernatów). Latanie to już jego własny pomysł. Od
siedemnastego roku życia właściwie każdą wolną chwilę spędza na lotnisku
w Turbi
i działa w
Aeroklubie Stalowowolskim. Najpierw zrobił kurs spadochronowy, a
wiele lat później wprost oszalał na punkcie paralotni. Czemu? Odpowiedź, której
pan Grzegorz udziela mi na to pytanie, sprawia, że zaczynam doskonale rozumieć
wszystkich, którzy przez wieki usiłowali skonstruować maszynę pozwalającą nam,
ludziom, poczuć się jak ptaki…
– Latanie na paralotni z napędem to czysta poezja. Proszę sobie wyobrazić, że
odrywa się pani od ziemi i z niewielką prędkością zaczyna szybować w
przestrzeni, w dowolnej chwili wybierając moment na wykonanie manewru skrętu,
wznoszenia czy opadania – próbuje wpłynąć na moją wyobraźnię pan Grzegorz. –
Można przelecieć nad drzewem, dotykając nogą jego wierzchołka, czy też sunąć
nad ziemią lub nad wodą na wysokości jednego metra. Takie przemieszczanie się w
powietrzu sprawia, że naturalne bariery, jak las, brak drogi czy rzeka,
przestają dla nas istnieć. Daje to uczucie wolności i pozwala w zupełnie nowy
sposób postrzegać przestrzeń.
Trudno nie ulec czarowi takiej wizji i z pewnością już sama ta wypowiedź
wystarcza, by domyślić się, dlaczego nasz bohater zamienił
spadochron na
paralotnię. Bo o ile podczas
skakania ze spadochronem
przyjemność polega na
swobodnym spadaniu, o tyle w paralotniarstwie wiąże się ona z dryfowaniem w
powietrzu i choć – jak zapewnia mój rozmówca – w przypadku tego sportu emocje
nie są tak silne jak podczas skoku, to jednak trwają o wiele, wiele dłużej…
O tym, że latanie jest jedną z największych życiowych miłości stalowowolanina,
chyba najlepiej świadczy fakt, że gdyby tylko mógł, w przestworza wzbijałby się
codziennie. Tak zresztą robi, gdy tylko nadchodzi lato. Wówczas rano bądź
wieczorem (a niekiedy i wtedy, i wtedy), kiedy powietrze jest spokojne, odbywa
trwający od godziny do półtorej „spacer” w powietrzu. Zimą, kiedy już – jak mówi
– nie może wytrzymać bez latania, robi sobie 15-minutowe przeloty. Na dłuższe
szybowanie jest po prostu za zimno, ale jeśli dla kogoś niska temperatura nie
jest problemem, może fruwać i zimą. Jedyną przeszkodę stanowią opady i silny
wiatr.
W każdy swój lot pan Grzegorz zabiera ze sobą aparat. Zrobił to nawet wtedy, gdy
paralotnią leciał po raz pierwszy (na pamiątkę pozostały mu zdjęcia oglądanego z
ptasiej perspektywy Tarnobrzega) i właśnie ów moment uznaje za początek jego
przygody z fotografią lotniczą. Swoimi korzeniami sięga ona jednak znacznie
dalej.
– Pierwsze fotografie lotnicze wykonałem w 1987 roku, podczas szkolenia
spadochronowego w Aeroklubie Stalowowolskim – wspomina G. Biernat. – Na
początku były to głównie zdjęcia czarno-białe, tzw. odejścia, czyli fotografie
kolegów robione w chwili, kiedy wyskakiwali z samolotu. Z czasem na moich
zdjęciach zaczęły się także pojawiać elementy krajobrazu. Gdy nadeszła era
fotografii kolorowej, zacząłem uwieczniać piękno samych pejzaży „uciekających”
pod samolotem.
Co można zobaczyć na robionych z powietrza zdjęciach Grzegorza Biernata? Mówiąc
najkrócej – to, czego nie można zobaczyć z ziemi, a więc mieszczące się w
prostokącie kadru wioski lub maleńkie niczym klocki bloki. Na czym polega
trudność fotografowania podczas lotu? A no na tym, że na stworzenie koncepcji
zdjęcia i jego „pstryknięcie” ma się zaledwie kilka sekund. Oprócz pewnych
technicznych umiejętności trzeba więc posiadać dobry refleks i intuicję.
Pan Grzegorz, pytany o zdjęcie, z którego jest najbardziej dumny, nie potrafi
takiego wybrać. Być może przeszkodą jest fakt, że do tej pory wykonał już
dobrych kilka tysięcy fotografii. Potrafi za to wskazać te z nich, których
oglądanie sprawia mu szczególną przyjemność (przedstawiają one San
i jego
starorzecze
). Z żalem wspomina ujęcie, którego nie udało mu się uchwycić: –
Kiedyś podczas lotu z kamerą dostrzegłem pędzącego jelenia. Ogromne poroże,
idealne oświetlenie, wymarzona przejrzystość powietrza, otwarta przestrzeń bez
przeszkód terenowych… Trzymałem go w kadrze do czasu, aż zniknął w lesie.
Niestety, z wrażenia nie wcisnąłem do końca przycisku nagrywania.
Marzeniem latającego fotografa jest szybowanie nad egzotycznymi ziemiami. Takim
bardziej osiągalnym jest lot nad Kazimierzem i jego wiślanymi rozlewiskami, a
także nad Zalewem Solińskim.
Choć zdjęcia pana Grzegorza mają na celu głównie pokazanie uroków naszego
regionu, to jednak fotografię lotniczą można wykorzystać także do innych celów.
Jest ona pomocna m.in. podczas opracowywania planów zagospodarowania
przestrzennego, monitorowania stanu powierzchni rolnych czy dokumentowania
postępów prac budowlanych. Znajduje ona także
zastosowanie w reklamie
(prace G.
Biernata były wykorzystywane m.in. w kalendarzach lokalnych przedsiębiorstw oraz
w wydawnictwach reklamowych powiatu stalowowolskiego i niżańskiego).
Okazuje się, że walory inne niż czysto rozrywkowe może mieć także szybowanie na
paralotni. – Kiedyś wraz z kolegą, na zaproszenie policji, brałem udział w
poszukiwaniu uciekiniera z ożarowskiego Domu Pomocy Społecznej. Przy kiepskiej
pogodzie i niskiej temperaturze przeczesaliśmy wspólnie teren o powierzchni
ponad 20 kilometrów kwadratowych – wspomina pan Grzegorz. – Chciałbym
zwrócić uwagę na skuteczność i przewagę poszukiwań z powietrza nad
poszukiwaniami prowadzonymi w sposób tradycyjny. Myślę, że warto, aby policja
utrzymywała kontakt z lokalnymi paralotniarzami. Jestem pewien, że w razie
potrzeby nie odmówią oni swej pomocy.
Gdy pytam naszego bohatera o to, z jak wysokimi kosztami związana jest
realizacja jego pasji, z uśmiechem odpowiada tylko, że każde hobby pociąga za
sobą wydatki, nawet sklejanie domków z zapałek. Czyż jednak można mu się dziwić,
że – nawet pomimo kosztów – po ośmiu godzinach spędzonych w biurze chce oderwać
się nie tylko od problemów dnia codziennego, ale i od ziemi? Myślę, że nie. Co
więcej, patrząc na zdjęcia Grzegorza Biernata (można je podziwiać na autorskiej
stronie
www.ParaFoto.pl), o których on sam mówi, że są zapisem
rzeczywistości widzianej z innej perspektywy, chyba w każdym z nas zrodzi się
pragnienie oglądania świata, w którym szczegóły się zacierają, a widać tylko to,
co istotne. Wówczas chyba łatwiej jest nabyć cenną życiową umiejętność
polegającą na przywiązywaniu uwagi tylko do tego, co jest naprawdę ważne…
Powiat Stalowowolski Stalowa Wola z ziemi STALÓWKA Stalowa Wola z powietrza Kielce z powietrza Air photo- movies San inne widoki lotnicze zdjęcia lotnicze Stalowa Wola San z powietrza (rzeka tajemnic) Huta/Elektrownia Fotografie lotnicze powiatu Tarnobrzeg Pólnoc powiatu Sandomierz Wisła powyżej ujścia Sanu. Na lini Baranów -Sandomierz